poniedziałek, 23 marca 2009

W rowie z biletem w jedną stronę


Może ja też poczułam wiosnę, może te nagie gałęzie wierzby płaczącej, które wiatr trąca bezustannie z nudów, może to słońce przebijające nieśmiało przez żółte witki, może marzenia o lekkiej spódnicy i siedzeniu cały dzień w parku nad stawem, może te ciepłe myśli o zmotywowaniu się do niektórych rzeczy i patrzenie na nie łagodniejszym okiem, może to odpędzanie strachu i zastępowanie go nadzieją i uśmiechem, może to wszystko składa się na zwiastun kolejnego przechylenia się Ziemi, może to wszystko naprawdę zależy od kąta padania promieni słonecznych?
Może poczułam ją za bardzo, może skłania do popełniania błędów.

"Nie wierz nigdy, kiedy mówię, że nie chcę
Nie wierz nigdy do końca i nie patrz mi na ręce
"

sobota, 14 marca 2009

Kłębek myśli VI


"Ja twardy lód zimnem głaszczę twoją dłoń
Ja tak prosto w twarz kłamię cię każdego dnia

Ale ty, ty mnie dobrze znasz, wszystko o mnie wiesz
Wiem, wybaczasz mi, że wszystko przeze mnie

Ja jeden z was uśmiech skrada się przez twarz
Ja namiętnie gram, wiesz inaczej nie mam szans

Ty, ty mnie dobrze znasz, wszystko o mnie wiesz
Wiem, wybaczasz mi, że wszystko przeze mnie
Ty najlepsza jaką znam, nie trzeba wierszy nam
Nie muszę się już bać, że wszystko przeze mnie

Ty, ty mnie dobrze znasz, wszystko o mnie wiesz
Wiem, wybaczasz mi, że wszystko przeze mnie
Ty najlepsza jaką znam, twój długi czarny płaszcz
I padał deszcz, padał deszcz...
"

niedziela, 8 marca 2009

W rowie z zeszytem w kratkę


"Nawciągana w trzy dupy. Zarzekłam się, że schudnę, każdą metodą. I jestem teraz zaćpana białym, po prostu mną nosi
A to jest tekst pt. czym mnie wkurwia Bloody:

Tym, że się nie docenia (bądź tym, że udaje, że się nie docenia)
Tym, że to podła suka
Tym, że nie daje szansy facetom zakochanym w niej po uszy
Tym, że czasami udaje kogoś, kim naprawdę nie jest
Tym, że ma przyjaciół 200 km na południe
Tym, że leży na balkonie
Tym, że ćpa
Tym, że musi iść siku, i to teraz
Tym, że nie szanuje uczuć ludzi
Tym, że czasami jest sobą, a czasami nie-sobą
Tym, że słucha metalu
Tym, że nikt, kogo chce ona, nie chce jej
Tym, że jest i pałęta się po świecie
Tym, że gada do siebie
Tym, że jest naturalną blondynką
Tym, że ma piegi na ryju i rękach
Tym, że chodzi ubrana na czarno
Tym, że właśnie jest naćpana i się z tego cieszy
Tym, że kocha Matrixa
Tym, że że pisze jakieś bzdety
Tym, że cieszy się, jak ma okres
Tym, że jest kurwą
Tym, że jest tłusta, obleśna i brzydka
Tym, że ma mega lenia i się nie chce uczyć
Tym, że właśnie zgubiła naklejki
Tym, że właśnie znalazła naklejki
Tym, że ma krzywy kręgosłup
Tym, że jest głupia
Tym, że myśli, że się zakochuje
Tym, że jak już pomyśli że się zakochała to i tak się źle kończy
Tym, że chce być kimś, kim nie może się stać
Tym, że żyje
Tym, że wymyśla sobie choroby psychiczne bądź naprawdę je ma
Tym, że nie pozwala się innym zrozumieć"

lato 2006

"Jem, nie biorę, serce mnie boli, sznyty ze środy już zakrzepły"

jesień 2006

piątek, 27 lutego 2009

Dywagacje o hałasie


Odejdźcie raz na zawsze, szybko i bez mrugnięcia okiem, bez zbędnych słów i gestów, bez oglądania się za siebie i obracania na pięcie w geście wahania i niepewności.
To odrywanie ludzi z życia jak kartek z kalendarza. Zostawcie mnie samą od razu, wbijcie cały nóż zamiast pojedynczych igieł.
Wiem, jak umrę. Ze zgryzoty. W towarzystwie chorej dumy, która będzie lekko trącała mój bujany fotel. I będę w nim zdychać, sama na własne życzenie, w pokoju ciemnym od wilgoci. Wśród wymarzonej ciszy, w spokoju, o którym marzyłam przez całe życie. Bez żadnego dźwięku. I wtedy dopiero uświadomię sobie, że jedyne, do czego dążyłam i czego chciałam przez wszystkie lata, to było zniknąć z pamięci wszystkich i odejść.
Ta świadomość nie boli, nie wywołuje łez, nie sprawia, że czuję się źle. Każda z moich myśli jest taka sama, gdzieś za zasłoną, żadnej nie dopuszczam do siebie na tyle blisko, by mogła uderzyć mnie w twarz, chyba, że nie mnie dane jest ją kontrolować.
Chciałabym się móc w czymś odnaleźć do tego czasu, nie w ludziach, to najgorsza z możliwych dróg, ale gdzieś poza nimi, poza granicami świadomości, poza słowami, poza dźwiękiem, tak w samej sobie.
Teraz to dla mnie taki półmetek, kiedy zamajaczy mi linia końca, i kiedy już ją przekroczę, wszystko się zmieni.
Skąd się wziął ten robak, który drąży mi dziurę w duszy, który sprawił, że jestem takim ponurym człowiekiem, który nie posiadł umiejętności cieszenia się z życia i opadaniu coraz to głębiej we własnym umyśle w otchłań nijakiej szarości? Czego chcę od życia i od siebie samej, żeby móc to zmienić?
Niewiedza jest błogosławieństwem, wiedza ciężarem i odpowiedzialnością, a gdzie jestem ja, gdzie trzymam ręce, gdzieś pomiędzy jednym a drugim, nie wiedząc, co wybrać.
Gdyby nastała cisza, wszystko byłoby inaczej. Gdyby nie nękał mnie już żaden koszmar, żadne widmo, żaden groźny pomruk.
To wszystko i tak moja wina. Życie wyglądałoby inaczej.

sobota, 14 lutego 2009

Kłębek myśli V


"{...} Mówił o tym wszystkim, jakby go to w ogóle nie obchodziło, jakby stanowiło część przeszłości, którą zdołał pozostawić za sobą, ale takich rzeczy przecież się nie zapomina. Słowa, którymi z małostkowości czy z ignorancji zatruwa się serce własnego dziecka, zostają na zawsze pamięci, i prędzej czy później spopielają mu duszę."

C.R.Zafón

poniedziałek, 2 lutego 2009

Dywagacje o bliskości


Sama się przytulam i głaszczę po głowie w takie wieczory, kiedy nie wiem, co zrobić ze swoim życiem. To przykry widok.

sobota, 31 stycznia 2009

W rowie z lustrem


Choć zachowuję dystans, jaki nakazało już na początku jej spojrzenie, cały czas mam wrażenie, jakby było go wciąż mało, jakby dusiła się w mojej obecności, albo była nakłuwana ze wszystkich stron igłami.
Siedzi krzywo, tak, jakby jej kręgosłup był już przyzwyczajony do tej dziwnej pozycji, z jedną nogą wsuniętą pod tyłek i prawym ramieniem wysuniętym w przód, lekko przechyloną głową. Trudno powiedzieć, czy jest wysoka, garbi się do bólu.
Uwagę przykuwają dłonie. Ma krzywe palce. Kiedy na nie patrzę, mam ochotę parsknąć śmiechem, ale są nieco zesztywniałe, jakby każde poruszenie nimi sprawiało ból. Przechylają się do zewnątrz, najbardziej wskazujące, jak ugięte wiatrem topole. Wokół nienaturalnie długich, niepomalowanych paznokci, bieleją wyskubane i zadarte kawałki skóry. Nosi pierścionki. Jeden prosty, z brązowym oczkiem, trochę staroświecki, a drugi z czymś, co wygląda na zielony bursztyn. Naciąga rękawy na dłonie. Są różowosine. Widać każdą najmniejszą żyłkę, każde ścięgno, tak, jakby ręce przemarzły jej do szpiku kości.
Sam jej ubiór jakoś specjalnie nie rzuca się w oczy. Czarny sweter z golfem kształtem przypomina worek sięgający niemal do połowy uda. Gdzieniegdzie można dopatrzeć się śladów kociej sierści, odznaczającej się swoim białym kolorem na materiale.
Patrzy na mnie spod byka. Nie groźnie, po prostu ma opuszczoną głowę, całkiem możliwe, że z powodu nieco nazbyt odstającego podbródka. Całą jej okrągłą twarz znaczą piegi, tylko o ton ciemniejsze od jej i tak już bladej skóry. Nie ma makijażu. Na skroniach i policzkach ma czerwone plamki, które co i rusz próbuje zdrapać, chwytając skórę w szczypce niespiłowanych paznokci. Widać, że z wielu leciała krew, i to dość niedawno, są niezagojone. Czoło przysłania zdecydowanie już przydługa grzywka, zsuwająca się na policzek, a pozostałe pukle, rozdzielone niedbale, ułożone ma na ramionach. Mnóstwo włosów wypada, przemykając po jej ubraniu jak krople deszczu po szybie. Są płoworude, właściwie wyglądają tak naturalnie, że gdyby nie odrost na kilka centymetrów, możnaby się nabrać na ich autentyczność. Wyglądają trochę jak nieuczesane. Co chwila poprawia grzywkę i przeczesuje ją palcami, maltretując nieszczęsnego wicherka na samym środku linii włosów nad czołem.
Błądzi palcami po spierzchniętych ustach, dotykając ich właściwie bez przerwy. Ponoć jest to oznaka obłudy i nieszczerości rozmówcy. Sam sposób jej mówienia też jest dziwny, co chwila ściąga wargi, i choć właściwie ledwo otwiera usta, to każde słowo mimo to jest całkowicie zrozumiałe. Oszczędnie się uśmiecha, wyraz jej twarzy bardziej przywodzi na myśl kogoś, kto właśnie napił się świeżo wyciśniętego soku z cytryny. Oczy ma dużo bardziej szczere. Całkiem duże, okrągłe, koloru ciemnoniebieskiego, odbijają w sobie każdą jej myśl, ale są rozbiegane, nie mogą wytrzymać patrzenia w jeden punkt przez dłużej, niż kilka sekund. Na początku myślałam, że nie ma rzęs- ledwie widoczne, jasne, rzadkie i dość krótkie, niepoprawione żadnym kosmetykiem, tylko pogłębiają wrażenie, że jej oczy są strasznie przemęczone. Jedyna oprawa, jaka je zdobi, to sińce, tworzące na policzkach ciemne smugi. Mówi, że nie jest zmęczona, że ma tak zawsze. Kiedy wypowiada jakiekolwiek słowo, odwraca wzrok. A właściwie, najpierw go odwraca, dopiero później mówi, chowając usta za zasłoną dłoni. Rozgląda się, nie poruszając głową, jakby wzrokiem śledziła lot wyjątkowo nerwowej muchy. Za to kiedy słucha, jej spojrzenie aż ciąży na rozmówcy. Nie zauważyłam, żeby się wtrąciła, czasami tylko wyda z siebie jakiś niezrozumiały pomruk, który można odczytać jako przytaknięcie czy dezaprobatę, zależnie od sytuacji.
Czuć coś od niej. Bardzo mocno i wyraźnie, piżmo, sandałowiec, perfumy, które przystoją tylko i wyłącznie dojrzałym kobietom, ale ciężar ich zapachu w tym wypadku jakoś niespecjalnie mi przeszkadza. Próbuję zobaczyć ją w świeżych, słodkich perfumach z mandarynki i jaśminu, ale wydają się takie trywialne i przegniłe.
Pociągam nosem raz i drugi, przeczesując palcami grzywkę z cholernym wicherkiem na czubku, parę włosów zaplątuje się pod paznokciami. Wracam na swoje miejsce, dość patrzenia. Zgarbiona do bólu, cieszę się w myślach, że mój kręgosłup już przywyknął do takiej dziwnej pozycji.